• Home
  • Posts RSS
  • Comments RSS
  • Edit
  • zachwytać się

    9 lutego 2011
    Za-chwyt
    Za-chwycić się. za nos na przykład.
    Za-chwycić kogoś. Za rękę.
    Chwycić i nie puścić już.
    Za-chwytać się ciągle, za proste rzeczy, najbanalniejsze, jak to że jedna piłka jest pomarańczowa a druga zielona a i tak się toczą tak samo i tak samo znikają w dłoniach wujkowych.

    Chwyć się, zachwyć, zachłystnij się wręcz.
    się kogoś chwyć, za-chwyć.

    takie tam
    po porannych odkrywczo-podróżniczych przygodach
    w szlakowej kuchni z Kubą.

    W objęciach Konfucjusza.

    7 lutego 2011
    Jak człowiek siedzi prawie cały dzień zamknięty w czterech ścianach, nie takich znów pojemnych, z Konfucjuszem i szalonymi chińskimi cesarzami i szalonymi chińskimi ludźmi....

    ... na przykład: któryś cesarz szukał sposobu na nieśmiertelność. Ktoś mu powiedział, że pigułki z rtęci będą świetne. No i umarł, nawet nie musiał chyba bardzo przedawkować.

    albo: dokładny cytat z notatek: "Chiński urzędnik, mający za zadanie zmniejszyć ilości opium wysyłane przez Wielką Brytanię do Chin w wielkiej swej naiwności wysłał do angielskiej królowej list, w którym, odwołując się do jej moralności i cnót chrześcijańskich pisał, że to niebardzo uprzejmie z jej strony, że taki silny narkotyk wysyła do Chin, żeby jej pasował bilans srebra, bo to kiepsko, że chińska administracja uzależnia się od opium i czy ona by przypadkiem tego opium wysyłać nie przestała, skoro to takie niemoralne?"

    no i mój ulubiony, czyli bajka o tym, Jak Towarzysz Mao Doprowadził Do Klęski Głodu.
    Wiadomym jest wszem i wobec, że siłą narodu jest ilość stali, przezeń wyprodukowanej. Towarzysz Mao nakazał więc każdemu Chińczykowi wytapiać stal na własną rękę na własnym podwórku. Wszyscy wytapiali, więc nie miał kto zajmować się ryżem. Zbiory były marne, ale Towarzysz Mao, nie tracąc rezonu, stwierdził, że to wina wrednych ptaków, wydziobujących ziarno. Następnego lata więc połowa Chińczyków wytapiała stal, a połowa zwalczała ptactwo. Towarzysz Mao był zadowolony. Lud mniej, bo okazało się, że ptaki wydziobywały nie ziarno, a robactwo. Ptactwo zwalczone, robactwa nie miało co wydziobywać, zbiory znów marniutkie, Chińczycy ledwo wyrabiają przy stalowych piecach domowych, bo ryżu niet.
    Towarzysz Mao zapewne nakazał więc walkę z robactwem, ale miał już trzy sezony w plecy.
    ((najgorsze, że tu się pan doktor opowiadający bajkę ową zaplątał i nie wiem, co zrobili z robactwem i jak Towarzysz Mao wybrnął z tej wpadki  - bo że wybrnął to pewne, Towarzysze zawsze wybrn... zawsze im się udaje wybrnąć)).

    ... więc jeśli człowiek cały dzień siedzi w objęciach Konfucjusza, to mu potem wszystko się jakby rozmywa.

    Wystarczy trochę wina i trochę Cortazara. realizm magiczny, wewnętrzne monologi Oliviery, deszcz po szybach, A-czwórka prawie prędkością światła, znów trochę wina, trochę grzanego, z trochę pomarańczy mokre chodniki, budapesztańskie rozmowy, ogromne oczy czarnego kota, jarzeniowe światło na klatce, żeby się wracało do domu krokiem lekko chwiejnym, z głową dziwnie lekką.

    Nieuśmiechalność.

    3 lutego 2011


    taak.
    i jeszcze duże słowa o wielkiej przyszłości
    Wielkie Literowanie
    Plany na ową przyszłość
    zaszłości z przeszłości
    Wykłady o kulturze Chin
    zimny styczeń, szary luty
    niemożność podejmowania decyzji, jakichkolwiek
    niemiłość
    nieusmiechalność
    kryzysy ekonomiczne
    indeksy giełdowe
    indeksy zielone
    karty osiągnięć okresowych studenta
    siedzenie i nie-ucze-nie-się


    w d-u-p-i-e to mam.
    szalalala

    (jak dobrze, że Fejbuk to kopalnia nieodkrytych jeszcze muzyk)

    don't take the reality for granted

    1 lutego 2011
    że się czasem człowiek naiwnie łapie w schematy - przykład od razu, żeby nie rzucać kolejnych "cliches".

    Zegar jaki jest każdy widzi. Tarcza, cyferki, wskazówki, się kręcą (jeśli się włoży baterię), tykają (patrz wyżej), zgodnie z ruchem, idiomatycznie, wskazówek zegara. Logiczne? Logiczne.
    Schemat się nakłada na rzeczywistość i co z tego, że w tym akurat konkretnym zegarze wszystko jest na odwrót: co staje się oczywiste, kiedy po dwóch dniach się zauważy, że 11 jest tam, gdzie powinna być 1.

    warto czasem zapomnieć, że się wszystko wie i włączyć z powrotem funkcję: obserwacja.

    a tak w ogóle, to słońce,
    więc znad logiki widać co następuje:
    kubek z kawą
    prostokąt okna
    kamienicę z-naprzeciwka z murem niby szarym, ale nie do końca, bo mu słońce trochę tę szarość ociepla
    niebo, błękitne, że można zwariować.

    Sza

    28 stycznia 2011
    Świat jak z Wrońca - SzaSzaSzary.
    Jak to dzisiaj rano w Trójce Pan Mistrz Mann powiedział: Proszę się dziś nie ubierać na szaro, proszę Państwa. Bo na tych wszystkich szarych chodnikach i szarych betonach i w tej szarudze generalnej zginą Państwo jak nic.

    się zlewa: niebo z chmurami, chmury z blokami, bloki z chodnikiem, chodnik z ludźmi.
    sza-sza
    szaruga

    słowo-tok

    23 stycznia 2011
    Ej.
    Patrz, co można zrobić ze słowami.

    Można je mozolnie układać w powolne zdania, takie wypowiadane niepewnie z dużą ilością yyyy i eee i patrzenia po kątach w międzyczasie (w między-słowie).
    Można nimi strzelać jak z karabinu maszynowego i są wtedy podszyte złością, albo właśnie odwrotnie - radością jakąś, ale zawsze tak wielką, że chciałaby ominąć drewniany szlaban języka i wydobyć się, cała na powierzchnię i zaczerpnąć tchu i wyrazić wszystko, wszystko.

    Mozna je chować po kieszeniach, po notesach, po kartkach wrzucanych tu i ówdzie, wkładanych w szczeliny ściany płaczu, składanych w koperty.

    Można je wypisywać, głupoty, można je nieprzemyślanie zupełnie wyrzucić komuś prosto w twarz.
    Można je próbować cofnąć, gonić je, ale przecież człowiek nie może biec szybciej niż dźwięk.

    Można się próbować nimi bronić, wystawiać przed siebie jak tarczę. Można próbować się nimi zasłaniać. Mydlić oczy, zasłonę dymną z nich utkać i nie dać nikomu dostepu do ich prawdziwego znaczenia.

    Można je zapisywać szybko na serwetkach, żeby nie umknęły.
    Można sie w nocy budzić, albo właśnie wcale nie móc zasnąć, bo te słowa po głowie latają i odbijają się od ściany nad łóżkiem i bzyczą jak komar w upalną noc i świecą w zamnkięte powieki jak uparty księżyc pełnią.

    Można je układać, jak Chomsky w zdania gramatycznie poprawne, jak klocki przestawiać dla samej frajdy sprawdzenia co z tego wyniknie.

    Tłumaczyć je można, na obce języki, szukać ekwiwalentów i zawsze, zawsze być niezadowolnonym, bo jak ugryźć i pokazać niuanse, jak te całe pokłady znaczeń z jednego świata przenieść w drugi...?

    I trzeba na nie uważać.
    żeby nie spadło Ci na głowę przypadkiem takie słowo, Nabrzmiałe znaczeniem, obfite konotacją, całą masą powiązań i aluzji, całym tym kulturowym wszechświatem.

    Niby niewinne, a zmienne i nieuchwytne. Niby jasne i czytelne, a zdradliwe jak węże.

    Czasem lepiej dać sobie z nimi spokój.
    czasem się lepiej mówi bez słów.

    picturesque

    20 stycznia 2011
    Nie przepadam za tym uczuciem. Bo zwykle patrzę na świat z mojego punktu widzenia i mam go przed oczami jako całość, nie idealną może i nie całkiem zrozumiałą, ale taką do ogarnięcia, swojską, znaną, moją.
    Tymczasem zdarza się, że rzeczywistość rozpryskuje się na tysiące maleńkich kawałeczków, z których żaden nie pasuje do pozostałych, z których każdy wymaga zatrzymania wzroku, interpretacji, zadania sobie kilku podstawowych pytań.

    Na przykład: jadę tramwajem. Książka jest wyjątkowo wciągająca, pochłania całą moją uwagę, ale jedno zdanie wytrąca mnie z równowagi, zakłuło i już nie mogę spokojnie czytać dalej. Zamykam książkę szybko, z biletem wsuniętym między kartki kryjące niepokojące słowa i odwracam od nich głowę. Patrzę teraz na bezdźwięczny, niemy świat za oknem, który przesuwa się wolno, w rytm ulicznego korka popołudniowego szczytu. Ludzie, którym odebrało mowę tłoczą się na przystankach, grzęzną w śniegowym błocie, niecierpliwie przytupują, czekając na zielone światło. Ktoś porusza ustami, dlaczego, dlaczego, w jakim celu? Zakutani w płaszcze, chowają twarze w ciepłych szalikach i klną pewnie na wiatr i śnieg i wilgoć i błoto. Tyle ludzie. Ale nie. To, że akurat są tu i teraz i mieszczą się w ramach tramwajowego okna, to coś znaczy przecież. Umieszcza ich w tym konkretnym wycinku rzeczywistości, w zasięgu mojego wzroku. Nie wiem o nich nic więcej, niż to, że w tej konkretnej chwili są tu. Co by się stało, gdyby tak ich myśli wypuścić na wolność, gdyby pozwolić im się zwerbalizować, gdyby je nagłośnić? Kakofonia dźwięku, kakofonia uczuć, niekończąca się historia ich samych.

    Stoją na tym przystanku i każdemu wydaje się, że jego własny punkt widzenia jest tym właściwym. Że świat wygląda właśnie tak, jak on go widzi i jak go czuje. A musiało by przecież w takim razie istnieć miliony subiektywnych i równoległych światów. I żadnego obiektywnego? Czy obiektywny byłby wypadkową subiektywnych poglądów, oglądów, punktów widzenia?

    Niebo na głowę

    15 stycznia 2011
    sie w takich warunkach absolutnie nie da
    żyć

    Czy tu w ogóle panuje jakieś ciśnienie?
    czy tu czasem nie pada?
    Niebo nam na ziemię leci, na łeb, na szyję.

    i by się chciało nie wychodzić nigdzie i nigdy.
    i nic nie musieć
    niech się sączy muzyka i kawa, najlepiej paralelnie i permanentnie.
    Szaro jest i wstrętnie.
    światło-wstręt, ludzio-wstręt, sesjo-wstręt

    byle nie w efekcie życio-wstręt.

    Same kubki

    9 stycznia 2011
    Session mode on.
    Session mode soundtrack.
    I kubki.
    wszędzie dookoła.
    po kawie.
    z kawą
    z herbatą zieloną, czerwoną, białą, zwykłą, angielską, afrykańską, pachnącą, owocową.
    I okno.
    się zmieniają pory dnia. kąt padania światła. natężęnie słońca. zachmurzenie.
    hałasy z ulicy się zmieniają, nierówne fale kakofonii dźwięków (albo bezdźwięcznie, kiedy się owo okno zamknie )
    a filozofia niezmienna.

    każdy ma swoją sesję.
    Ja połykam Kanta,
    Gośka układa w kuchni jabłka w martwą naturę

    ja się bawię trudnymi słowami, które z początku nic nie znaczą, potem, w miarę czytania, nabierają nieco sensu, wreszcie są po prostu słowami z całym ciężarem gatunkowym i znaczeniowym, z całą masą konotacji i odnośników kulturowych. bzz, przechodzą skojarzenia po synapsach i już jest pełen obraz. Emanacja. Wariabilizm. Panowie w togach łażą po aeropagach, łypią oczami, emanują czystą inteligencją, wypatrują absolutu, mijają się na rogach ulic.

    a Gośka układa jabłka na talerzu i walczy z niesfornym swiatłem, żeby uśmiertelnić naturę na stole. bezkrwawo niby, ale nie bez trudu. \

    Mądrość miłujący.

    6 stycznia 2011
    Trochę Pana nie rozumiem, Panie Sokrates. Trochę Pan dla mnie jest zbyt naiwny.
    Widzę Pana, a przynajmniej sobie Pana wyobrażam jako staruszka, w wytartej tweedowej marynarce, z laską, staromodnym kapeluszu, starych zniszczonych butach. Wiem, no tak akurat Pan wyglądać nie mógł, ale jakoś tak Pan się zakodował w mojej wyobraźni. Okulary, siwe włosy, mlecznoniebieskie oczy, wyblakłe, naiwne spojrzenie.
    Naiwniak z Pana, Panie Sokrates.



    Że intelektualizm etyczny? Z rozbrajającym więc przekonaniem twierdzi Pan, że wystarczy wiedzieć, co jest dobre, żeby nie pozwolić sobie na zło. Z największym zaskoczeniem słucha Pan kontargumentów. Pańskie przekonanie jest doprawdy zabawne, Pańska wiara w człowieka, Pańska, proszę się nie obrazić, głupota. Gdyby się Pan na moment pojawił w naszej erze, cóż, zmiażdzyłoby Pana doświadczenie ludzkiej perfidii. Nie zaszedłby Pan za daleko z Pana przekonaniami.


    O. Przepraszam. w swojej erze też Pan daleko nie zaszedł.



    Cynizmu Panu potrzeba, cynizmu i szydery. I dystansu. Inaczej się, Panie Sokrates, nie da żyć.




    a jak nieskończenie prościej by było. gdyby się dało jednak.